Dochód gwarantowany i „czarne fabryki” tworzą dziś wspólny horyzont sporów o przyszłość pracy: z jednej strony mamy wizję gospodarki, w której wartości wytwarzają w pełni zautomatyzowane zakłady, z drugiej – pytanie, jak zabezpieczyć ludzi, kiedy praca przestaje być głównym źródłem dochodu i sensu życia. Moje własne rozkminy w „Znośnie” – o człowieku jako surowcu, idei czarnych fabryk i konieczności dochodu gwarantowanego jako niezbywalnego prawa – wchodzą tu w rezonans z globalnym sporem o to, czy automatyzacja ma nas wyzwolić, czy po prostu uczynić zbędnymi.
Człowiek jako surowiec, miasto jako rafineria
W jednym z odcinków opisuję Polskę jako kraj, który przestawił się z wielkich fabryk na usługi, gastronomię, kulturę i drobne biznesy, a podstawowym „surowcem naturalnym” stał się człowiek – jego czas, kompetencje i zdolność do bycia wynajmowanym przez globalne korporacje z centrów outsourcingu w Łodzi czy innych miast. Porównuję ten proces do rafinerii: nie sprzedajemy „gołej ropy” w postaci nieukształtowanego człowieka, tylko produkt przetworzony przez system edukacji, uczelnie, kursy i korporacyjne „szkoły przetrwania”, który staje się eksportowym towarem polskiej gospodarki.
Zwracam uwagę, że ten model ma swoją ciemną stronę: Polska wchodziła w globalizację jako tanie zaplecze, ale wraz ze wzrostem kosztów pracy staje się „za droga” dla firm, które bez wahania przenoszą centra usług do jeszcze tańszych krajów – choćby do Indii, które równocześnie produkują nie tylko tanią siłę roboczą, ale także globalnych prezesów Microsoftu, Google czy ważnych polityków Zachodu. W tej perspektywie młode miasto‑usługa (Łódź kulinarna, startupowa, kosmetyczna) stoi na kruchym fundamencie: dopóki płynie zagraniczny kontrakt, działają knajpy, salony, małe startupy‑wydmuszki, ale gdy pociąg korporacji odjedzie, ujawnia się brak rodzimego, wysoko produktywnego kapitału.
„Czarne fabryki”: automatyczna strona kapitalizmu
Kiedy wchodzę w wątek „czarnych fabryk”, sięgam po obraz zakładów, w których „nie ma sensu płacić za światło”, bo ludzie nie są już potrzebni na hali – zostaje tylko nadzór techniczny w biurach, monitorujący parametry działania zautomatyzowanych linii. Tego typu lights‑out manufacturing – pełna automatyzacja produkcji, bez stałej obecności ludzi – od lat rozwija się w przemyśle motoryzacyjnym, elektronicznym czy magazynowaniu, a definicje „dark factory” mówią wprost o środowisku, które może działać całkowicie bez oświetlenia, ponieważ wszystkie procesy realizują roboty.
W tekstach o „dark factories” podkreśla się nie tylko oszczędność na kosztach pracy, energii i bezpieczeństwa pracy, ale także ryzyko „ekonomicznej polaryzacji”: tam, gdzie automatyzacja zastępuje masową produkcję, pojawia się koncentracja zysków w wąskiej grupie właścicieli kapitału oraz stagnacja dochodów w regionach zależnych od tradycyjnego przemysłu. W skrajnym wariancie – jak pisze Andrew Yang w kontekście gospodarki AI – otrzymujemy świat, w którym lokalna klasa średnia traci zatrudnienie w logistyce, fabrykach i usługach, a produkcja dóbr dzieje się „po cichu” w zautomatyzowanych parkach przemysłowych, opodatkowanych co najwyżej podatkiem od robotów lub od kapitału.
Dochód gwarantowany: od eksperymentów do „żetonów”
W tym miejscu pojawia się mój motyw dochodu gwarantowanego: zauważam, że jeśli pieniądz przestanie być prostą reprezentacją pracy – bo praca stanie się dobrem rzadkim, elitarnym, zarezerwowanym dla wąskiej grupy wysoko wykwalifikowanych – to konieczne będzie znalezienie nowego sposobu dystrybucji podstawowych środków życia. Proponuję model, w którym każdy członek wspólnoty otrzymuje co miesiąc paczkę „żetonów” pozwalających wymienić je na żywność, podstawowe dobra i usługi wytwarzane w zautomatyzowanych fabrykach, a dochód gwarantowany staje się niezbywalnym prawem, którego nie można sprzedać ani się go zrzec.
Takie idee mają mocne odbicie w globalnej debacie o Universal Basic Income (UBI), definiowanym jako bezwarunkowy, indywidualny i powszechny transfer pieniędzy, niezwiązany z pracą czy testem dochodowym. W fińskim eksperymencie z lat 2017–2018 dwóm tysiącom bezrobotnych wypłacano 560 euro miesięcznie, co nie zwiększyło znacząco zatrudnienia, ale poprawiło dobrostan, poczucie bezpieczeństwa i zaufanie do instytucji. W Kenii długoterminowy program GiveDirectly, zapewniający mieszkańcom wsi niewielki, stały dochód przez dwanaście lat, przynosi poprawę zdrowia, edukacji i aktywności ekonomicznej, co pokazuje, że nawet w biedniejszych gospodarkach bezpieczeństwo dochodu zwiększa sprawczość ludzi zamiast ich „rozleniwić”.
Cienie dochodu gwarantowanego w epoce AI
Współczesne analizy ostrzegają, że dochód gwarantowany może wpasować się w logikę istniejących nierówności zamiast je niwelować: badaczki władzy symbolicznej w technokapitalizmie wskazują, że UBI może stać się narzędziem „symbolicznej przemocy”, legitymizując system, w którym jeszcze większa część wartości produkowanej jest przez automatyczne systemy kontrolowane przez wąskie elity. W tekstach biznesowych pojawia się też argument, że sam UBI nie rozwiąże „pułapki automatyzacji”: bez inwestycji w nowe kompetencje i instytucje masowy transfer gotówki może jedynie łagodzić objawy, podczas gdy strukturalne wykluczenie z rynku pracy utrwali się, a różnice między „klasą właścicieli algorytmów” i resztą społeczeństwa będą rosły.
Moja intuicja, że pieniądz stanie się luksusem, a podstawowy poziom przeżycia będzie musiał być zabezpieczony niezależnie od produktywności jednostki, koresponduje z analizami, według których UBI trzeba będzie finansować nie z podatków od pracy (bo tej będzie coraz mniej), lecz z podatków od kapitału, zużycia zasobów i zysków z automatyzacji – włącznie z koncepcją podatku od robotów lansowaną m.in. przez Billa Gatesa. Jednocześnie badania psychologicznych skutków dochodu gwarantowanego – od Finlandii, przez Alaska Permanent Fund po programy w Stockton – pokazują, że stabilny dochód redukuje stres, poprawia zdrowie psychiczne i zwiększa gotowość do podejmowania ryzyka, co może być kluczowe w świecie, w którym praca staje się fragmentaryczna, projektowa i niekoniecznie dobrze wynagradzana.
Między „czarną fabryką” a „man in the loop”
W finale tej układanki wracam do roli człowieka w epoce AI: wiele osób – piszę – uważa, że człowiek „nie ma szans” w starciu ze sztuczną inteligencją, ale w rzeczywistości to AI bez człowieka „nie ma sensu”, bo przyszłość widzę w hybrydzie biologiczno‑cyfrowej, w modelu „man in the loop”. Moje własne doświadczenie pracy z agentami AI to razy dziesięć wzrost produktywności: znikają bariery językowe, czas na czytanie dokumentacji, a moja rola przesuwa się z ręcznej produkcji do projektowania, wyboru i odpowiedzialności za całość.
Ten obraz dobrze splata się z globalną debatą: z jednej strony rozwój dark factories i software‑robotów przejmujących rutynową pracę w usługach prowadzi do redukcji etatów, z drugiej – pojawiają się nowe role w projektowaniu systemów, nadzorze etycznym, kreatywności i budowaniu relacji, których trudno zautomatyzować. Jeżeli jednak te nowe, hybrydalne kompetencje pozostaną dostępne tylko dla niewielkiej elity, a reszta zostanie skazana na pasywne pobieranie dochodu gwarantowanego i udział w ekonomii lajków i subów, rysuje się wizja społeczeństwa radykalnie rozwarstwionego zarówno materialnie, jak i symbolicznie.
W tym sensie moja propozycja „żetonowego” dochodu gwarantowanego, połączona z aktywną polityką inwestycji w automatyzację (czarne fabryki jako etyczna alternatywa dla niewolniczej pracy w Globalnym Południu) oraz rozwijaniem roli człowieka jako partnera, a nie ofiary AI, jest szkicem radykalnie innej modernizacji: takiej, w której miasto‑rafineria ludzkiego potencjału przestaje być podwykonawcą Zachodu, a staje się współwłaścicielem infrastruktury generującej bogactwo dla wszystkich, a nie tylko dla nielicznych.
